Kilka lat temu nie powiedziałabym, że kiedykolwiek wsiądę na motocykl, jak również, że pokocham motocykle.

Nawet jako pasażer, zawsze czułam się niekomfortowo. Bałam się, że zlecę, że się poobijam, a w najgorszym scenariuszu, że umrę.

Wpis. Jak pokochałam motocykle. Zdjęcie. Yamaha ybr125cc

Zaczęło się od skutera…

Właściwie zaczęło się od tego, że bałam się nawet jechać skuterem. Wiem, to ma tylko gaz i hamulec, ale jednak ma dwa kółka, rozwija zabójczą prędkość (ok. 50 km/h), nie ma kabiny, a co tu mówić o strefie zgniotu, jak nie ma żadnej.

Uważałam, że nigdy nie wsiądę na tę zabójczą maszynę.

Pewnego razu chłopak namówił mnie, że wsiadłam na duży skuter. W sumie można powiedzieć, że było dosyć śmiesznie, bo zrobiłam coś głupiego. Nie było przewrotki, ale udało mi się zeskoczyć  i pobiegać ze skuterem w kółko, a do tego, zamiast hamować, dodawałam gazu. Co z boku musiało wyglądać to dość komicznie, bo nie mogłam się zatrzymać.

Jakiś czas później, dostałam do nauki mniejszy skuter. Oczywiście niechętnie wsiadłam, ale z czasem jakoś go polubiłam, bo mogłam go „okiełznać”. Trochę nim pojeździłam, a z czasem zabójcza prędkość przestała być zabójczą. Z upływem czasu zaczęłam też marudzić, że skuter jest za wolny i chce nauczyć się jeździć czymś z biegami.

Nauka na 125-tce

Pewnego dnia chłopak przyprowadził starą zniszczoną radziecką 125-tkę. Zrobił ją do jazdy i stała się motocyklem do nauki, bo wytrzyma moje „katowanie” i jazdę na niskich biegach. Skombinował mi niższe siedzenie, żebym lepiej sięgała ziemi nogą (w sumie po przerobieniu i tak sięgałam tylko palcami, ale było zupełnie inaczej niż sięgać słabo jedną nogą).

Niestety nie jestem duża, mam 155 cm wzrostu i krótkie nogi. Przy sięganiu do ziemi na motocyklu, jak dla mnie liczy się jednak długość nogi, a nie wzrost. Mimo że wielu mówi o wzroście, a noga, nodze nie równa. Wiadomo, że są tacy, co są niscy, a jeżdżą, a do tego wymiatają (oczywiście podziwiam takie osoby), jednak jak dla mnie na początek, lepiej jednak sięgać jakoś stopami do ziemi.

Moje motocyklowe początki…

Jak wyglądały mój start. Nie mogłam ruszyć z miejsca. Jestem z tych, co nie mają tendencji gaz do dechy i prosto w płot. Potem, jak na nauce jazdy, jeździłam w kółko. Uczyłam się zmieniać biegi, itd. Szybko stwierdziłam, że wole trzymać kierownice niż być pasażerem. Nie mam zaufania, jak ktoś inny trzyma kierownice.

Inne wrażenia przy nauce, że motocykl jest bardziej zwinny od skutera i to, że wszyscy wokoło się na mnie patrzą, ale to chyba kwestia tego, że pochodzę z małej miejscowości. Być może to też tylko moja myśl, ale na początku odnosiłam takie wrażenie, tym bardziej że uczyłam się jeździć pod domem. Tu mogę się pochwalić, że przy nauce co dziwne, ale nigdy się nie wywaliłam.

Z czasem stwierdziłam, że chce swój motocykl, a nie tylko nauczyć się jeździć. Tak, więc odkładałam kilka miesięcy na niego każdą zarobioną złotówkę.

Wreszcie na swoim!

Pierwsza jazda po asfalcie, jeździłam po mało ruchliwej drodze, jak nic nie było i zawracałam, jak nie było aut w pobliżu z super widocznością. Szybko obniżaliśmy motocykl, bo wywalałam się czasami przy wolnych manewrach i niszczyłam kierunki.

W weekendy jeździłam z chłopakiem po bezdrożach. Jednak moim motocyklem ciężko było za nim nadarzyć. Tak, więc wprowadziliśmy w motocyklu kilka zmian, dzięki którym przyspieszyłam o 20 km/h w terenie i przestałam zakopywać się na piaskowych drogach. Jednak dalej zostawałam gdzieś w tyle, poza tym szosówka mimo zmian nigdy nie będzie całkiem terenowa i szkoda jej tak męczyć.

I tak przyszedł pomysł na motocykl typu cross.

Tak, więc ponowne odkładanie i stałam się posiadaczką chińskiego crossa 250cc. Wybrałam chińczyka, bo jest tani w utrzymaniu, a przede wszystkim jest dość mały i lekki. Glebę zaliczyłam na nim wielokrotnie. Nie raz narobiłam sobie siniaków, także od tamtej pory zawsze ochraniacze, nawet brzydkie, ale wole ubrać.

Zdjęcie. Dziewczyna na cross loncin 250cc na śniegu.

Jak dziś wygląda moja jazda?

Dziś jeżdżę raz motocyklem szosowym, a innym razem crossem – zależnie czy jadę w trasę, czy poszaleć po bocznych drogach.

Jazda po mieście to już nie problem. Często czuje się na nim lepiej niż w aucie, chyba szczególnie latem.

Obawiam się głównie kierowców, niestety niektórzy zachowują się tak, że odnoszę wrażenie, że próbują mnie “zabić”. Jak dla mnie na moto trzeba być bardziej czujnym niż w samochodzie i ostrożnym, a przede wszystkim myśleć i przewidywać za wszystkich.

Niektórzy straszą mnie wypadkiem.

Nie jestem ignorantem, ale pouczenia w moim przypadku są zbędne, mam świadomość, że motocykle to niebezpieczne hobby i uważam, że nie trzeba mnie milion razy pouczać. Jeżdżę ostrożnie. Poza tym uważam, że można zginąć idąc chodnikiem od spadającej doniczki, czy jakkolwiek inaczej, a motocykl czy motocykle nic nam nie zrobi.

Jedynie co mogę dodać na koniec tego wpisu to, że jak widać od „nie ma mowy” da się dotrzeć aż po motocykle i nimi jeździć. Wszystko się może zmienić i wszystko jest możliwe.

Plany na przyszłość?

Więcej jeździć i pójść na kat.A, żeby przesiąść się na większą pojemność. Jedyne czego się obawiam to wolnych manewrów, to będzie stanowić dużą trudność, tym bardziej że na motocykle ala egzaminacyjny wysokościowo niestety, jak już wspominałam ciężko sięgam, bo ma krótkie nogi.

PS: Jeszcze jedno: to jeszcze nie koniec. Ciąg dalszy nastąpi…